Freerolls
| Nazwa | Data |
|---|---|
| $50 Beginner Freeroll | jutro 00:20 |
| Paradise €100 Freeroll | jutro 05:00 |
| $50 Freeroll | jutro 09:30 |
| 50$ Beginners Freeroll | jutro 12:00 |
| $50 Beginner Freeroll | jutro 13:00 |
Nasi partnerzy
Ostatnie analizy
Ostatnie artykuły
Ostatnie bukmacherskie
Ostatnie sportowe
NBA: horror z udziałem Gortata, "Magicy" o krok od finału
/2009-05-27/
Koszykarze Orlando Magic trafili aż 17 rzutów zza linii trzech punktów (rekord klubu), ale trzeba było znakomitej gry w ostatnich pięciu minutach meczu Dwighta Howarda, by po raz trzeci w finale Konferencji Wschodniej pokonać Cleveland Cavaliers. Po emocjonującej dogrywce, której losy ważyły się do ostatniego, tym razem niecelnego rzutu za trzy punkty LeBrona Jamesa, zespół w którym gra Marcin Gortat schodził z parkietu jako zwycięzca, wygrywając 116:114 (21:25, 29:33, 28: 21, 22:21, 16:14).
Do awansu do finału, pierwszego od 1995 roku, kiedy w zespole grali m.in Anfernee "Penny" Hardaway i Shaquille O'Neal, Orlando potrzebuje tylko jednej wygranej, a najbliższy mecz już w czwartek, ponownie w Quicken Loans Arena w centrum Cleveland. Historia i statystyka jest po stronie Orlando - tylko osiem zespołów w historii National Basketball Association przegrało serię prowadząc 3:1. Marcin Gortat, etatowy zmiennik Dwighta Howarda nie pograł tym razem zbyt wiele (3 minuty, 2 punkty, 4 zbiórki), bo "Superman" spędził na parkiecie aż 49 minut!
- Mamy najlepszą drużynę w lidze i gwarantuję, że zagramy w finale, bo wygramy serię z Orlando. Przecież nie przegramy z nimi cztery razy! - to słowa rozgrywającego Cavaliers Mo Williamsa na kilka godzin przed meczem, które na pewno dobrze zapamiętał każdy z koszykarzy Magic. Teraz Orlando musi wygrać już tylko jeden, a na koniec ostatniego spotkania ten, który gwarantował zwycięstwo trafił tylko pięć z 15 oddanych rzutów, będąc w drugiej połowie zupełnie niewidoczny. Ciężar gry spoczywał, jak zwykle na LeBronie Jamesie. "Król" przebywał na parkiecie 49 minut, zapisując po swojej stronie fenomenalne 44 punkty, 12 zbiórek i 7 asyst, jednak jedną z przyczyn wtorkowej porażki mogła być inna, tym razem niej chwalebna statystyka - aż 8 straconych piłek, w tym dwie w decydujących końcowych minutach meczu.
W pierwszej połowie meczu "Cavs" prezentowali to, o czym LeBron i reszta zespołu mówili po poprzednim spotkaniu - wszyscy starali się zdobywać punkty. W pierwszej kwarcie punktowało aż pięciu zawodników Cavaliers, a Williams zdawał się być bliski zrealizowania swojej przepowiedni, mając na koncie 10 punktów. Orlando praktycznie od początku goniło Cavaliers, utrzymując realną do zmniejszenia przewagę. Działo się tak głównie dzięki niezwykłej skuteczności rzutowej zza linii trzech punktów - 55 procent w trzech pierwszych kwartach (!) - i pewnej ręce rozgrywającego Rafera Alstona, który rozegrał najlepszy w życiu mecz playoffs, zdobywając 26 punktów i trafiając 6 z 12 rzutów osobistych. Choć trudno to sobie wyobrazić, niewiele brakowało by nawet to nie wystarczyło do zwycięstwa...
Mecz mógł - i powinien - się rozstrzygnąć na sześć sekund przed końcem zasadniczego czasu gry. Przy prowadzeniu Cavaliers 98:97, po tym jak szansę by wygrać mecz dla Cleveland miał Delonte West, piłkę dostał, stojąc tyłem do kosza, Rashard Lewisa. Sytuacja była trudna, ale znany z zimnej krwi snajper odwrócił się i rzutem za trzy punkty dał Orlando prowadzenie 100:98. Ostatnia akcja Cleveland, piłka oczywiście w rękach numeru 23, który szarżując na kosz przewrócił się na parkiet, a sędziowie odgwizdali faul na broniącym LeBrona Mickaelu Pietrusie. Faul, którego nie było na pół sekundy przed końcem meczu, jakby nagle nie dostrzegając, że LeBron przewrócił się... sam, wpadając na Francuza, kiedy nie mógł "złapać" z nim spodziewanego kontaktu. James trafił dwa rzuty osobiste (drugi zawisł na obręczy zanim wpadł do siatki) i był remis 100:100.
Zarówno James, jak Howard spędzili na boisku tyle samo, dokładnie 49 minut, ale w grze mającego znacznie więcej obowiązków LeBrona widać było zmęczenie - dwa razy, mając szansę otworzyć kolegom celnym podaniem drogę do kosza i zmniejszyć prowadzenie napędzanych wsadami Howarda Magic (10 z 27 punktów zdobył właśnie w dogrywce) pomylił się. Jego podanie było jednak albo niecelne albo zbyt ryzykowne i zakończyło się stratą piłki. Jeszcze tylko raz, kiedy Magic prowadziło na 3 sekundy przed końcem meczu 116:114 sala zamilkła, kiedy w stronę kosza leciał oddawany z biegu, z odległości 15 metrów rzut LeBrona. Tym razem nie było cudu, ale tylko piłka odbijająca się od obręczy. Teraz Orlando Magic i Marcin Gortat, pierwszy Polak, są już jedno zwycięstwo od finału. - Musimy mieć mentalność zabójcy, zakończyć serię już w Cleveland. Nie wolno im dawać więcej szans - mówił po meczu Howard.
Do awansu do finału, pierwszego od 1995 roku, kiedy w zespole grali m.in Anfernee "Penny" Hardaway i Shaquille O'Neal, Orlando potrzebuje tylko jednej wygranej, a najbliższy mecz już w czwartek, ponownie w Quicken Loans Arena w centrum Cleveland. Historia i statystyka jest po stronie Orlando - tylko osiem zespołów w historii National Basketball Association przegrało serię prowadząc 3:1. Marcin Gortat, etatowy zmiennik Dwighta Howarda nie pograł tym razem zbyt wiele (3 minuty, 2 punkty, 4 zbiórki), bo "Superman" spędził na parkiecie aż 49 minut!
- Mamy najlepszą drużynę w lidze i gwarantuję, że zagramy w finale, bo wygramy serię z Orlando. Przecież nie przegramy z nimi cztery razy! - to słowa rozgrywającego Cavaliers Mo Williamsa na kilka godzin przed meczem, które na pewno dobrze zapamiętał każdy z koszykarzy Magic. Teraz Orlando musi wygrać już tylko jeden, a na koniec ostatniego spotkania ten, który gwarantował zwycięstwo trafił tylko pięć z 15 oddanych rzutów, będąc w drugiej połowie zupełnie niewidoczny. Ciężar gry spoczywał, jak zwykle na LeBronie Jamesie. "Król" przebywał na parkiecie 49 minut, zapisując po swojej stronie fenomenalne 44 punkty, 12 zbiórek i 7 asyst, jednak jedną z przyczyn wtorkowej porażki mogła być inna, tym razem niej chwalebna statystyka - aż 8 straconych piłek, w tym dwie w decydujących końcowych minutach meczu.
W pierwszej połowie meczu "Cavs" prezentowali to, o czym LeBron i reszta zespołu mówili po poprzednim spotkaniu - wszyscy starali się zdobywać punkty. W pierwszej kwarcie punktowało aż pięciu zawodników Cavaliers, a Williams zdawał się być bliski zrealizowania swojej przepowiedni, mając na koncie 10 punktów. Orlando praktycznie od początku goniło Cavaliers, utrzymując realną do zmniejszenia przewagę. Działo się tak głównie dzięki niezwykłej skuteczności rzutowej zza linii trzech punktów - 55 procent w trzech pierwszych kwartach (!) - i pewnej ręce rozgrywającego Rafera Alstona, który rozegrał najlepszy w życiu mecz playoffs, zdobywając 26 punktów i trafiając 6 z 12 rzutów osobistych. Choć trudno to sobie wyobrazić, niewiele brakowało by nawet to nie wystarczyło do zwycięstwa...
Mecz mógł - i powinien - się rozstrzygnąć na sześć sekund przed końcem zasadniczego czasu gry. Przy prowadzeniu Cavaliers 98:97, po tym jak szansę by wygrać mecz dla Cleveland miał Delonte West, piłkę dostał, stojąc tyłem do kosza, Rashard Lewisa. Sytuacja była trudna, ale znany z zimnej krwi snajper odwrócił się i rzutem za trzy punkty dał Orlando prowadzenie 100:98. Ostatnia akcja Cleveland, piłka oczywiście w rękach numeru 23, który szarżując na kosz przewrócił się na parkiet, a sędziowie odgwizdali faul na broniącym LeBrona Mickaelu Pietrusie. Faul, którego nie było na pół sekundy przed końcem meczu, jakby nagle nie dostrzegając, że LeBron przewrócił się... sam, wpadając na Francuza, kiedy nie mógł "złapać" z nim spodziewanego kontaktu. James trafił dwa rzuty osobiste (drugi zawisł na obręczy zanim wpadł do siatki) i był remis 100:100.
Zarówno James, jak Howard spędzili na boisku tyle samo, dokładnie 49 minut, ale w grze mającego znacznie więcej obowiązków LeBrona widać było zmęczenie - dwa razy, mając szansę otworzyć kolegom celnym podaniem drogę do kosza i zmniejszyć prowadzenie napędzanych wsadami Howarda Magic (10 z 27 punktów zdobył właśnie w dogrywce) pomylił się. Jego podanie było jednak albo niecelne albo zbyt ryzykowne i zakończyło się stratą piłki. Jeszcze tylko raz, kiedy Magic prowadziło na 3 sekundy przed końcem meczu 116:114 sala zamilkła, kiedy w stronę kosza leciał oddawany z biegu, z odległości 15 metrów rzut LeBrona. Tym razem nie było cudu, ale tylko piłka odbijająca się od obręczy. Teraz Orlando Magic i Marcin Gortat, pierwszy Polak, są już jedno zwycięstwo od finału. - Musimy mieć mentalność zabójcy, zakończyć serię już w Cleveland. Nie wolno im dawać więcej szans - mówił po meczu Howard.
Dodaj komentarz
Zaloguj się aby dodać swój komentarz

Komentarze
Nie ma jeszcze żadnych komentarzy